| < Październik 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
O autorze
Biblioteka Kwiryny

Wypromuj również swoją stronę
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2015
Zapraszam

Przyszedł Wrzesień, Czas Zmian .... zawieszam tę stronę, aczkolwiek Wierszy na blogu moim nie zabraknie. 

 

Zapraszam: http://mosaika.blox.pl/html

piątek, 26 czerwca 2015
Leszek Wójtowicz

Opowieść o trawie

 

Pośród roślin co zdobią nasz szalony glob

Jedna zwłaszcza mnie wzrusza - wciąż słońca ciekawa

Nie jest to smukła róża ni potężny dąb

Ale trawa - zielona trawa

 

Mogą przejść po niej czołgi bezlitosnych wojsk

Może tłum ją stratować w radosny karnawał

Ale ona podźwignie wątłą postać swą

Dzielna trawa - zielona trawa

 

Nawet pożar co niszczy wszystko co się da

Co jak mówią za sobą nic już nie zostawia

Kiedy zgaśnie to z deszczem znowu życiem gra

Zwykła trawa - zielona trawa

 

Jeszcze jedną właściwość ta roślina ma

Taką która na jawną bezczelność zakrawa

Gdy ją przystrzyc to w górę uparcie się pcha

Właśnie trawa - zielona trawa

 

Ciągle szukam w śmietnisku wieloznacznych słów

Takich które brzmieć będą prawdziwie

Bywa czasem że pęka rozpalony mózg

Myśl się gubi - sens nagle urywa

 

Dookoła prześmiewców zaślinionych tłum

Którzy wiersze nicują jak szmaty

I rzecz jasna fachowcy od czystości dusz

Szukający w piosenkach rozpaczy

 

Póki jeszcze gitara wiernie słucha mnie

Odpowiada na palców wezwanie

To choć czasem niełatwo ale jednak chcę

Wasze serca poruszyć i pamięć

 

Kiedy widmo zwątpienia zacznie nękać was

Gdy się skończy z sumieniem zabawa

Wtedy właśnie spróbujcie chociaż jeden raz

Być tak mocni - tak mocni jak trawa

wtorek, 12 maja 2015
ROMAN NOWAK

zakosztował

wytrawnego

bólu

resztki

przytomności

wylał

do kieliszka

 

*

czy warto

otworzyć drzwi

by zamknąć świat

wokół siebie

czy warto 

uwierzyć

że za oknem

wstał dzień

gdy w pokoju

sen zasnął

czy warto

napisać wiersz

który wierszem

się stanie

gdy drzwi

będą zamknięte

a dzień

życiem uśpiony

niedziela, 12 kwietnia 2015
Allen Ginsberg

 Ostatnia noc w Kalkucie

 

Cicha noc. Stary zegar tyka,

wpół do trzeciej. Głos świerszczy

budzą się pod sufitem. Brama

wejściowa zamknięta - śpiący ludzie, wąsy,

nagość ale bez pożądania. Kilka moskitów

wzbudziło swędzenie, wentylator obraca się wolno -

auto łomocze po czarnym asfalcie,

parska byk, coś ma się wydarzyć -

Czas zasiadł mocno w czterech żółtych ścianach.

Nikogo tu nie ma, pustka wypełniona gwizdem

pociągu i szczekaniem psów, echo w sąsiednim osiedlu.

Puszkin na półce biblioteczki, nie czytane

dzieła wszystkie Szekspira i Blake'a -

O Duchu Poezji, jakiż sens cię wzywać

paplaniną w tej pustce zastawionej łóżkami

pod jasnym owalem zwierciadła - doskonała noc

dla śpiących by roztopić się

w spokojnej czerni i pozostać tam na osiem godzin

- Budzenie wyplamionych palców, gorzki smak w ustach

i płuca ściśnięte głodem nikotyny,

co począć z tym kciukiem, z tą ręką, z tym okiem

w pełnej głodnych szkieletów i obolałych koni 

ciągnących tramwaje gorączkowej Kalkucie

w Wieczności - pot i przegniłe zęby -

Rilke mógł przynajmniej marzyc o kochankach,

podniecenie starych piersi i drżący brzuch,

czy to to ? I rozległa gwiezdna przestrzeń -

Gdy mózg się przemienia materia ze strachem

dyszy na człowieka - Lecz teraz

wielki kataklizm domów i planet

przedziera się przez mury języka i topi mnie

na zawsze pod ciężarem swego Gangesu.

Jedyna ucieczka w śmierci Bangkoku i Nowego Jorku.

Skóra jest właśnie skórą, to wszystko

czym mogła by być, choć krzyki bólu nerki

obrzydzają jej siebie, migotliwy sen

umiera by zakończyć jej niedolę nazbyt sławną

- Zostaw innym nieśmiertelność niech cierpią jak głupcy,

nie daj się zapędzić w kąt wszechświata gdzie

wstrzykujesz sobie w ramię morfinę i jesz mięso.

 

[22.05.63]

środa, 18 marca 2015
Adam Asnyk

Ja Ciebie kocham

 

Ja ciebie kocham! Ach, te słowa

Tak dziwnie w moim sercu brzmią.

Miałażby wrócić wiosna nowa?

I zbudzić kwiaty, co w nim śpią?

 

Miałbym w miłości cud uwierzyć,

Jak Łazarz z grobu mego wstać?

Młodzieńczy, dawny kształt odświeżyć,

Z rąk twoich nowe życie brać?

 

Ja ciebie kocham! Czyż być może?

Czy mnie nie zwodzi złudzeń moc?

Ach nie! bo jasną widzę zorzę

I pierzchającą widzę noc!

 

I wszystko we mnie inne, świeże,

Zwątpienia w sercu stopniał lód,

I znowu pragnę - kocham - wierzę -

Wierzę w miłości wieczny cud!

 

Ja ciebie kocham! Świat się zmienia,

Zakwita szczęściem od tych słów,

I tak jak w pierwszych dniach stworzenia

Przybiera ślubną szatę znów!

 

A dusza skrzydła znów dostaje,

Już jej nie ściga ziemski żal -

I w elizejskie leci gaje,

I tonie pośród światła fal!


piątek, 13 marca 2015
Sylvia Plath

DECYZJA

Dzień mgły: dzień matowienia 

 

z rękami 

nieprzydatnymi, czekam 

na vana mleczarza 

 

jednouchy kot 

liże swoją szarą łapkę 

 

i węgiel spala się 

 

na zewnątrz, małe listki żywopłotu 

stają się całkiem żółte 

warstwa mleka pozostawia smugi 

na pustych butelkach na parapecie 

 

żadna chwała nie zniża się 

 

dwie krople wody zawisł

na wygiętej zielonej 

łodydze krzaku róży mojego sąsiada 

 

och zgięty łuku cierni 

 

kot wyciąga pazury 

świat obraca się 

 

dzisiaj 

dzisiaj nie będę 

rozczarowana moimi dwunastoma egzaminatorami w czerni 

lub zaciskała pięści na drwiny wiatru.

środa, 07 stycznia 2015
SID VICIOUS PISZE A POTEM DRZE NA STRZĘPY LIST DO NANCY SPUGEN / Jacek Podsiadło

88.07.25

 

Kupiłem nóż. Parę dni temu miałem strasznie dużo pieniędzy,

handlarz heroiną patrzył na mnie jak na Zbawiciela,
kupiłem osiem par spodni, ten nóż
i ulica którą szedłem, wydawała mi się złotą plażą.

Potem znów zobaczyłem cię tańczącą nago
w barze przy Times Square, zobaczyłem cię
w chytrych oczkach tłustego mieszczanina patrzącego na mnie
wzrokiem pogromcy zajęcy. Jakby wiedział. chciałem go zabić,
chciałem wymordować wszystkich tłuściochów
w tym obrzydliwym Nowym Jorku.

Schudłem, myślę o tobie nawet kiedy sram,
moje wizje są coraz upiorniejsze,
pewien Żyd-artysta spił mnie wczoraj ohydnym koniakiem
i zawiózł do psychoanalityka, sądził, że jest
czymś w rodzaju mojego Przyjaciela. Rzuciłem nożem,
trzonek trafił doktora
w błyszczącą, sztuczną szczękę, Żyd coś tłumaczył,
ja podniosłem nóż, kopnąłem barek na kółkach i uciekłem.

Jeśli próbujesz telefonować, tracisz czas,
wyrwałem przewód i wyrzuciłem telefon do lodówki.
Śpię z gitarą, zastawiłem drzwi meblami,
przeklinam i błogosławię chodząc od ściany do ściany.
Moja najdroższa, moja słodka, nadprzyrodzona dziwko z prowincji,
dlaczego jesteś taka obca, dlaczego nie w moim łóżku
palisz tej nocy papierosa za papierosem?
Twój mały Sid zwariował, umie już tylko jedno:
niszczyć.

Raz w życiu byłem szczęśliwy, pierwszej nocy
z tobą. To nie powinno było się kończyć. Dam ci ostatnią szansę
uczynienia wszystkiego prostym i pięknym. Tu,
w Nowym Jorku, stolicy świata, w Chelsea Hotel.
Nr 2. Czy słyszysz tę muzykę? To strach, nasz wspólny strach.

niedziela, 04 stycznia 2015
Halina Birenbaum

 

Jak kret


szukam, wykopuję, badam

szczątki przeszłości,

zbieram rozproszone odłamki

sklejam siłą obrazy

dźwięki

myśli

tęsknotę

obejmuję je, obmywam łzami.

 

Również i łzy są odkryciem

z tych wykopalisk

 

6.03.1985


Długie Domki

 

Domki długie, puste

bielą śniegu pokryte

jak z szalonych legend

jakby czyjąś ręką wyryte...

Cisza wokoło, nie ma żywych

nie ma martwych wszystko jest czyste

jak we śnie białym, naiwnym...

Tylko wieżyczki wartownicze przypominają

i druty kolczaste

- one także białym śniegiem udekorowane...

obrazy, obrazy specjalistów

 

Moje oczy widzą, czego nie ma na fotografiach

światy inne moje oczy widzą

tam gdzie zamordowano życie

Ja jestem w legendach każdego z tych

domków długich

śnieg przeistacza się w ogień dla mnie

staje się czerwony, czarny, błotnisty...

I płacz straszny wylewa się na nie na mnie

łzy pokrywają wszystkie obrazy

jak deszcze złowrogie burz

dzikich, strasznych!

 

Napisane po pokazie obozu Auschwitz w telewizji izraelskiej, 26.02.1985. Z tomiku: Nawet gdy się śmieję

 

 

Nie o kwiatach

 

ja nie o kwiatach

nie o rzekach, ptakach

kamieniach, zazdrości

nie o śmierci nienawiści

także nie o miłości

 

zaczęłam późno

więc dlatego tylko drobnostki

chwile

okruchy

refleksje

o wrażeniach

wspomnieniach

 

o dobrym uśmiechu

i o innych łzach

                 tych na wolności

 

Z tomiku wierszy Nie o kwiatach, Kraków, 26.07.87

 

środa, 22 października 2014
Wisława Szymborska

Głos w sprawie pornografii


Nie ma rozpusty gorszej niż myślenie.
Pleni się ta swawola jak wiatropylny chwast
na grządce wytyczonej pod stokrotki.

Dla takich, którzy myślą, święte nie jest nic.
Zuchwałe nazywanie rzeczy po imieniu,
rozwiązłe analizy, wszeteczne syntezy,
pogoń za nagim faktem dzika i hulaszcza,
lubieżne obmacywanie drażliwych tematów,
tarło poglądów - w to im właśnie graj.

W dzień jasny albo pod osłoną nocy
łączą się w pary, trójkąty i koła.
Dowolna jest tu płeć i wiek partnerów.
Oczy im błyszczą, policzki pałają.
Przyjaciel wykoleja przyjaciela.
Wyrodne córki deprawują ojca.
Brat młodszą siostrę stręczy do nierządu.

Inne im w smak owoce
z zakazanego drzewa wiadomości
niż różowe pośladki z pism ilustrowanych,
cała ta prostoduszna w gruncie pornografia.
Książki, które ich bawią, nie mają obrazków.
Jedyna rozmaitość to specjalne zdania
paznokciem zakreślone albo kredką.

Zgroza, w jakich pozycjach,
z jak wyuzdaną prostotą
umysłowi udaje się zapłodnić umysł!
Nie zna takich pozycji nawet Kamasutra.

W czasie tych schadzek parzy się ledwie herbata.
Ludzie siedzą na krzesłach, poruszają ustami.
Nogę na nogę każdy sam sobie zakłada.
Jedna stopa w ten sposób dotyka podłogi,
druga swobodnie kiwa się w powietrzu.
Czasem tylko ktoś wstanie,
zbliży się do okna
i przez szparę w firankach podgląda ulicę.

środa, 17 września 2014
S.I. Witkiewicz

 

Do Przyjaciół Gówniarzy 

Motto: 
Kto się za ten wiersz obraża 
ten się sam za gówniarza uważa. 


Przeglądam w myśli wszystkich mych przyjaciół twarze 
I myślę sobie, och, psiakrew! czyż wszyscy są gówniarze? 
Ach, nie! Jest kilku wiernych, z tymi pojechałbym nawet do Kielc. 
A reszta? Ach, reszta, to jest gówno, proszę pani, wprost na szmelc. 
Pytacie mnie, czemu do Kielc, a nie do Afryki lub na Borneo? 
O, tam łatwiej przyjacielem być wśród tropikalnych puszcz, 
Niż gdy za ścianą woła ktoś: puszcz mnie pan, ach, puszcz. 
A pluskwy, ach, nietropikalne, mnożą się jak w aparacie tym "Roneo". 
O, tak w ohydnej wszawości małego miastka, 
Gdy metafizyk głąb wypiera dowolna wprost namiastka, 
A miłość dają tylko, ach, nieszczęsne prostetuty 
(Bo krzywych zbrakło już), 
A syf i tryper biegną w krok tuż, tuż, 
Gdzie zwykła dorożkarska buda zastąpi wszelkie narkotyki świata, 
I gdzie jedyne piękno jest: na zgniłych domkach jakaś, proszę pani, 
wieczorna, ta tak zwana, ach, poświata, 
I to wszystko na tle zupełnej nędzy 
W smrodzie u jakiejś gospodyni potwornej wprost jędzy, 
W ciągłej niepogodzie, co lepsza jest od słońca, 
Bo wtedy wszystko zda się bliskim już, ach, końca - 
Tak sobie wyobrażam Kielce, symbol, jako szczyt ohydy, 
Jako jakiś Paramount najgorszej małomiasteczkowej brzydy. 
A może piękne to jest, ach, miasteczko, ach, i nawet miłe 
I niełatwo jest w nim złapać nawet kiłę... 
W każdym razie tam przyjacielem być i w tych warunkach 
Trudniej jest niż w afrykańskich najpiekielniejszych choćby 
wprost stosunkach. 
Gdy człowiek gębą sra, 
A tyłkiem podpatruje obroty gwiazd i mgławic dalekich spirale, 
Gdy muzyczka skądiś gra, 
A on gdzieś przy powale wydusza miliony pluskwich gniazd, 
Gdy beznadziejność dusi jak ohyda i śmierdząca zmora, 
Gdy człowiek sobie siebie widzi jako cuchnącego własnym 
sosem, ach, potwora - 
Może to wszystko przejdzie, ach, a może nie, 
W każdym razie to jest wszystko bardzo fe. 
A do tego napisanie nie krwią, a gównem, bardzo źle. 
Ja nie chę tego, nie, nie, nie! 

I nie chcę, podąd mam już ich, 
Przyjaciół mych, gówniarzy tych. 
Wolę bydło wprost, koty, nie mówiąc o psach, 
Robaki, pluskwy, jakieś automaty, 
Nawet takie, jak na stacjach, choć bez twarzy, 
Co nie mają ni mamy ni taty, 
Bo wiem, że kot nie skłamie miaucząc, 
A pies swym szczekaniem, 
Że krowa mi nie siknie witriolejem w pysk, tylko mlekiem, 
Że pluskwa... ale szkoda gadać, proszę pani, 
Że świat się roi od drani. 
Że gdy, na przykład, w automat włożę groszy pięć, 
To wyjdzie mi na pewno czekoladka, 
A nie kłamliwa mowa, brechnia obłudna i już zybt wprost nader hadka 
W swym śliskim kłamstwie, 
W zaczajonej za nim złośliwości, chęci krzywdy 
I zlekceważenia, ach, i zwykłym chamstwie. 
Automat nie będzie obśliniać mnie i dusić aż do bólu rąk mych z 
czułości, 
A potem za plecami, albo i przed, to wolę nawet już, robić małych 
obrzydliwości, 
W imię jakiś urojonych zalet i cnót 
Czekając na swego wniebowzięcia już za życia cud - 
Bo on jest taki dobry, ach, i doskonały, 
Że nie wiadomo już, czy nawet on oddaje kały... 
Może on nie sra i nie robi pipi, 
Taki, ścierwo, doskonały jest, 
Że w samo piękno zamienia się jego najpospolitszy gest: 
Jakieś dłubnięcie w nosie, 
Czy umazanie ręki w jakimś własnym sosie, 
Co lepszy jest od majonezu, 
Gdy organ, co go wydaje, piękniejszy od świątyni Diany jest 
z Efezu... 

I tak nie znoszę w ogóle obłudnych gówniarzy, 
Ale gdy mymi przyjaciółmi jeszcze śmieli być 
I potem się zdemaskowali 
- Tym gorzej, jeśli się w gówniarstwie swym tak długo dekowali - 
To taki mnie porywa wstyd, że mi jest z tym wprost nie do twarzy! 
Precz ode mnie, gatunku wraży! 
Niech mi się nie śmie żaden z was nawet śnić, 
Bo będę pluć jak Arab i bić! 
Niech mi się o nim nigdy więcej najlżej nawet nie zamarzy, 
Bo wszystkich razem w kupie 
Zwalę czym popadło - dla ekonomii - po olbrzymiej wspólnej dupie. 




 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23